Pomyślałem sobie ostatnio, że wśród czytelników tego bloga jest też troszeczkę przyjaciół, którzy dopiero szykują się na przeżywanie przygód rodzicielskich. Nie chcę nikogo pouczać, ale może przyda sie parę rad o tym, jak postępować z małymi gadułami.
Oto pierwsza z nich:
Około drugiego roku życia (ten moment zależy bardziej od rozwoju mowy, a nie od daty w kalendarzu) zaczyna się etap, który nazwałbym "etapem małego utrapieńca".
Objawia się to w ten sposób, że mały mówca albo powtarza jak papuga KAŻDE usłyszane słowo, lub - co gorsza - zadaje w kółko to samo pytanie. I wtedy powtarza odpowiedź oraz to nieszczęsne pytanie.
Wygląda to mniej więcej tak:
- Tatusiu, co to jest?, pyta Bubek wskazując na zdjęcie pieska, w książeczce, którą przewertowaliśmy już około 2139813 razy. Słowo "piesek" zna Antek na pewno od 4-5 miesięcy.
- To jest piesek synku, odpowiada tata zgrzytając lekko zębami.
- Tak, piesek....tatusiu, co to jest?, pyta Bubek wskazując NA TEGO SAMEGO PSA.
- To jest piesek synku, odpowiada tata i czuje opiłki zebów na języku.
- Tak, piesek....tatusiu, co to jest?
- P i e s e k
- Tak, piesek....tatusiu, co to jest?
- Pieeeeeeeeeesek
- Tatusiu, co to jest?
- Pies
- Tak, piesek....tatusiu, co to jest?
- Piesek, o matko Antek!
- Co to jest?
(... w tym momencie należy zmienić taktykę, bo z malcem się nie wygra)
- To jest struś pędziwiatr z Ameryki!
(cisza, malec analizuje odpowiedź...)
- Nieeee, tatusiu! To jest piesek przecież!
I sprawa załatwiona.